Witamy na stronie: Reportaże
Widziałeś to, czego nie widzieli inni?
Przeżyłeś przygodę życia lub po prostu zafascynowało Cię niezwykłe miejsce?
Opisz je i opublikuj swój artykuł.
« Czytaj inne reportaże użytkowników »
Mongolia - kraj otwartych przestrzeni
Wyślij znajomemu
Udostępnij
Jest na świecie kraj, gdzie łatwiej zobaczyć wielbłąda, niż człowieka. Kraj pełen bezkresnych stepów, pięknych gór, krystalicznie czystych jezior. Niemal każdy, kto tu przyjeżdża, od razu postanawia, że kiedyś wróci tu na dłużej, bo czuje się tu naprawdę wolny. Nic więc dziwnego, że będąc z przyjaciółmi „w pobliżu”, w Chinach, postanowiliśmy go odwiedzić. Do ojczyzny Dżyngis-chana dostaliśmy się dość nietypowo, bo drogą lądową i to od południa. Z Pekinu pod granicę pojechaliśmy nocnym autobusem z miejscami leżącymi, w którym pasażerowie, chcąc lub nie chcąc, muszą leżeć. Aby nie wypaść z łóżka, należy przypiąć się do niego pasami. Rano dotarliśmy do przygranicznej miejscowości, która na europejskich mapach nosi nazwę Erenhot. Warto wspomnieć, że mieliśmy sporo problemów, aby kupić w ogóle bilet do właściwego celu. Ta niewielka mieścina na mapach angielskojęzycznych nosi bowiem najczęściej nazwę Erlian, a co gorsza Chińczycy używają na jej określenie jeszcze innej nazwy, która w wymowie brzmi „Earlianhote” i gdy pytaliśmy w kasie o bilet, nikt z obsługi nie wiedział, o co chodzi i musieliśmy użyć mapy.Przekroczenie granicy pomiędzy Chinami a Mongolią, nie jest rzeczą prostą. Do samej granicy nie można tak po prostu dojść, lecz trzeba tam dojechać jedną z miejscowych taksówek (za którą trzeba słono zapłacić). Następnie należy cierpliwie czekać w zapchanym do granic możliwości aucie, aż skończy się przerwa celników – Azjaci rzadko kiedy się spieszą w urzędach. Potem taksówka (najczęściej terenówka) podjeżdża pod budynki odprawy celnej i wówczas należy pobiec ile sił w nogach do środka, ponieważ podróżnych odprawia się najsprawniej w grupach. Chińczycy bardzo dokładnie sprawdzają paszporty, szczególnie jeśli turysta posiada zarost, którego na zdjęciu nie ma. Wówczas oględziny trwają kilkanaście minut. Celnicy mongolscy są bardziej wyluzowani, ale jak okazało się później, jest to kraj ludzi, którzy na wiele spraw patrzą z przymrużeniem oka. Jadąc pociągiem z Erenhot do Ułan Bator należy być przygotowanym na to, że zajęcie miejsc nie należy do rzeczy łatwych. Wielu Mongołów z Chin wozi masę towarów (ubrania, koce itp.). Dlatego, gdy tylko konduktorzy otworzą drzwi do wagonów, podróżni w szaleńczym tempie drzwiami i oknami ładują się do pociągu z tonami bagaży. Trzeba przyznać Azjatom, że robią to niezwykle sprawnie, a układania toreb na półkach mogli by uczyć najlepszych magazynierów.
Mongołowie są przyjaznymi ludźmi i szybko można w pociągu nawiązać wiele ciekawych znajomości. Okazało się, że podróżujący z nami ludzie kiedyś handlowali na Stadionie Dziesięciolecia i bardzo lubią Polaków. Jeden z nich chciał nas poczęstować pieczonym bobakiem (gryzoń blisko spokrewniony ze świstakiem), jednak mając w pamięci, że zwierzęta te roznoszą dżumę grzecznie podziękowaliśmy.
W drodze do stolicy Mongolii przejeżdża się przez pustynię Gobi. Niestety do pociągu dostaje się sporo pyłu i jest to dość drażniące dla oczu i gardła. Mimo to podziwiane przez okno widoki sprawiają sporą frajdę. Krajobraz pustyni zmienia się jak w kalejdoskopie. Chwilami teren porastają kępy suchych traw i kolczaste zarośla, po jakimś czasie ustępują kamiennym pustkowiom, potem widać sam żwir z rzadka upstrzony pojedynczymi krzewami. Niekiedy można przez okno wypatrzeć udomowione wielbłądy, pasące się luzem kozy czy oddaloną od jakichkolwiek dróg jurtę (którą Mongołowie nazywają „gyr”). Na trasie pociągu można też podziwiać wielkie ostańce skalne zbudowane z czerwonego piaskowca do złudzenia przypominające słynną Ayers Rock w Australii. W Ułan Bator można poczuć się przez chwilę jak w polskim mieście lat ’80-tych. Komunistyczna architektura, rozklekotane auta, kurz na ulicach. Ale szybko można przekonać się, że jesteśmy naprawdę w innym kraju i zupełnie innym kręgu kulturowym. Biedne osiedla pełne są jurt, przy których czasem można zobaczyć… stoły bilardowe. Bilard na świeżym powietrzu to tutaj normalka. Co ciekawe, oprócz tej gry Mongołowie ubóstwiają też oglądanie koszykówki i w wielu telewizorach podstawowym programem, który ogląda męska część widowni są transmisje meczów amerykańskiej ligi NBA. Infrastruktura stolicy jest na tyle słabo rozwinięta, że na przedmieściach sporo jest nielegalnych wysypisk śmieci i ogólnie sporo jest tu odpadków, co przyciąga ptaki. Myliłby się jednak ten, kto spodziewałby się zobaczyć tu tylko gawrony czy kawki. Gdy wyjrzy się przez okno w dowolnym miejscu stolicy, po kilku minutach z pewnością dostrzeże się… kanię czarną, gatunek drapieżnego ptaka, w Polsce stosunkowo rzadki.
Jedzenie w Mongolii jest dość tłuste. Najczęściej w barach można zamówić baraninę (w różnych postaciach) lub nadziewane nią smażone w głębokim tłuszczu pierożki zwane „huszuur”. Herbata to najczęściej kilka listów herbacianych z tłustym mlekiem jaka i solą. Każdy, kto lubi gotować sam, bez problemu może zaopatrzyć się tu w supermarkecie w prawie wszystkie produkty żywnościowe. Warto podkreślić, że spory udział w rynku przetworów mają firmy z polski (szczególnie łatwo o polskie dżemy).
Każdy, kto nacieszył się pobytem w Ułan Bator, powinien wynająć przewodnika i wynajętym autem udać się do interioru. My również tak zrobiliśmy, lecz z oszczędności nie wynajęliśmy przewodnika mówiącego po angielsku. Z pomocą poznanego w stolicy Mongoła, który mieszkał od kilku lat w Polsce, wynajęliśmy kierowcę, który miał nas zawieść nad słynne w Mongolii jezioro Chubsuguł, a po kilku dniach na miejscu odwieźć z powrotem. Musieliśmy płacić mu za jego wikt, benzynę i oczywiście za prowadzenie pojazdu. Było dość tanio, a ta 7-dniowa wycieczka okazała się niezapomnianym przeżyciem. Jadąc przez Mongolię można przez cały dzień nie widzieć ani jednego człowieka, za to zwierząt jest tu zatrzęsienie. Na stepie najłatwiej zobaczyć susły i inne drobne gryzonie oraz ptaki, które w innych regionach świata są bardzo rzadkie. Już pierwszego dnia widzieliśmy orły przednie, orły stepowe, orłosępy i imponujących rozmiarów dropie (jedne z najcięższych latających ptaków). Mimo problemów językowych z naszym kierowcą mogliśmy się porozumieć – albo na migi, albo przy użyciu małych rozmówek polsko-mongolskich. Dzięki temu można było mu zasugerować, że chcemy się zatrzymać na posiłek czy z powodu innych potrzeb. Ku naszemu zdziwieniu, asfalt towarzyszył nam w drodze bardzo krótko i większość liczącej kilkaset kilometrów trasy pokonaliśmy albo drogą szutrową albo wręcz na przełaj. Nie sposób pominąć w tym miejscu nieocenionych zasług samochodu jakim jest powszechnie używany przez starych wyjadaczy mongolskich tras rosyjski UAZ-452. Na własnej skórze przekonaliśmy się, że jest to samochód nie do zdarcia. Mimo niepozornego wyglądu, pojazd ten jest znacznie wytrzymalszy i sprawniejszy niż popularne marki z USA czy Japonii. Samochodem tym nasz kierowca pogwizdując jechał z prędkością 50km/h skalistym dnem wyschniętego potoku i gnał dwukrotnie szybciej na przełaj przez step. Bez problemu pokonaliśmy w nim niejedną rzekę, z którymi nowoczesne terenówki miały spore trudności. Mimo zalet samochodu należy zaznaczyć, że cierpiącym na chorobę lokomocyjną turystom raczej odradzałbym podróż po Mongolii. Jazda z dużą prędkością przez tamtejsze drogi przypomina nieco pływanie na jachcie podczas sztormu i jest bardzo męcząca. Jadąc przez stepy co jakiś czas widzieliśmy stosy kamieni, w które wetknięty był kij, a na nim zawieszone były kolorowe szmatki. Są to swojego rodzaju ołtarze poświęcone duchom natury, w które wierzą wyznający tradycje szamanizmu Mongołowie. Kiedy piliśmy z naszym kierowcą kieliszek wódki, aby zabić zarazki znajdujące się w pokarmach, którymi częstowali nas miejscowi, ten zawsze maczał palec w kieliszku i kropił cztery strony świata, symbolicznie dzieląc się w ten sposób z duchami.
Jezioro Chubsuguł leży w strefie tajgi, dlatego nie zdziwiło nas specjalnie, że gdy zbliżaliśmy się do niego, step był wypierany przez las modrzewiowy. Rozbiliśmy obóz nad jeziorem, które jest uznawane za jedno z najczystszych zbiorników wodnych na Ziemi, a jego wodę można śmiało pić bez przegotowania. Będąc nad jeziorem warto wypożyczyć u jednego z miejscowych przewodników konie i udać się na przejażdżkę po dziewiczej tajdze. Konie są bardzo małe, ale bardzo wytrzymałe – w końcu to dzięki nim Imperium Mongolskie było swojego czasu tak groźne. Niedaleko jeziora spotkać można zamiast jurt przypominające indiańskie tipi szałasy, należące do nomadycznego ludu Caatanów. Hodują oni renifery, których stada można czasem zobaczyć spacerując wzdłuż jeziora czy idąc przez tajgę. Niektórzy z nich sprzedają turystom swoje tradycyjne wyroby, np. bardzo ciepłe skórzane kurtki i wełniane swetry. Nie omieszkaliśmy kupić sobie kilku drobiazgów na pamiątkę, szczególnie cenne okazały się być podczas mroźnej nocy w namiocie bardzo ciepłe wełniane skarpety. Jednego z ostatnich dni nad jeziorem zostaliśmy zaproszeni przez naszego konnego przewodnika do jurty jego znajomych. Poczęstowano nas tam herbatą, chlebem i masłem. Były smaczne, ale w nocy gorzko pożałowaliśmy tej uczty, gdyż wszyscy dostaliśmy poważnego zatrucia – potem uświadomiliśmy sobie, że nie wypiliśmy przed snem tradycyjnego kieliszka i nie zabiliśmy wszechobecnych w tutejszych pokarmach drobnoustrojów.
Mimo tak przykrego doświadczenia z żalem opuszczaliśmy po kilku dniach Mongolię, o której żadne z nas nie zapomni do końca życia. Mi najbardziej zapadł w pamięci szczególnie jeden moment, podczas podróży, kiedy wraz z jednym z przyjaciół wspięliśmy się na wzgórze na którym pasły się owce i kozy. W dole rozciągała się rozległa dolina rzeki Orchon, a po horyzont widać było tylko bezkresne stepy. Gdzieś w górze szybował śpiewający skowronek, a poza nim słychać było tylko szum traw. Taką Mongolię powinien zobaczyć każdy, kto chce choć na chwilę poczuć niezwykłą moc natury.
Komentarze
+ dodaj komentarz2011-01-07 15:09:16
Marku swietnie sie czyta to co piszesz:) czulam sie tak jak bym tam byla z Wami:)

Galeria
